Discover What the World Thinks of U.S.

Americans Awoke in a Country That, for the First Time in Nine Years, Was Not Eavesdropping on Them

<--

Po dwóch dniach przerwy rząd USA znowu będzie zbierał dane o połączeniach telefonicznych milionów Amerykanów. Było to możliwe dzięki głosowaniu w Senacie. Ale za pół roku wielkie zasysanie telefonów się skończy.

W niedzielę senatorowie oddali Amerykę na pożarcie terrorystom, ale we wtorek ją uratowali - do takiego można by dojść wniosku, gdyby na poważnie traktować histerię, która rozpętała się w Waszyngtonie wokół tzw. ustawy patriotycznej (ang. Patriot Act). Na jej mocy NSA, czyli wywiad elektroniczny, zapisywał w swoich przepastnych bazach danych połączenia telefoniczne milionów Amerykanów - czas każdej rozmowy, numery rozmówców i miejsca, w których w trakcie rozmowy się znajdowali (ale same rozmowy nie były nagrywane, a przynajmniej nie na masową skalę). Największe sieci komórkowe zostały zmuszone do "hurtowego" przekazywania rządowi takich danych na mocy nakazów tajnego sądu w Waszyngtonie.

W niedzielę o północy wygasał paragraf 215 ustawy patriotycznej, który owo wielkie zasysanie danych telefonicznych umożliwiał w ramach tzw. wojny z terroryzmem. Wprawdzie kilka tygodni temu izba reprezentantów przegłosowała "łatkę", która miała wygaśnięciu zaradzić, czyli tzw. ustawę wolnościową (ang. Freedom Act), ale Senat do ostatniej chwili zwlekał z jej zatwierdzeniem. Głównym sprawcą opóźnienia był senator Mitch McConnell, szef republikanów w izbie wyższej, który uważał, że należy po prostu przedłużyć paragraf 215.

McConnellowi nie podoba się ustawa wolnościowa, bo poważnie ogranicza uprawnienia NSA. Stanowi mianowicie, że wywiad elektroniczny nie będzie już mógł "hurtowo" zbierać danych o połączeniach i przechowywać ich w swoich bazach danych. Pozostaną w archiwach sieci komórkowych. Jeśli NSA zechce prześwietlić jakiegoś konkretnego, podejrzanego obywatela, dostanie tylko historię jego połączeń telefonicznych.

Nie ma mowy o żadnej "rewizji", a już tym bardziej "nieuzasadnionej"

Amerykańska debata o masowej inwigilacji toczy się od maja 2013 roku, kiedy Edward Snowden, administrator systemów NSA, uciekł z kraju i ją ujawnił. Obrońcy praw człowieka alarmowali, że rząd łamie konstytucję, która w czwartej poprawce zakazuje "nieuzasadnionych rewizji". Gromadzenie danych o milionach obywateli, którzy nie są o nic podejrzani, jest ich zdaniem taką właśnie "nieuzasadnioną rewizją". Rząd bronił się, że dane są zbieranie jedynie "pasywnie", tzn. nikt do nich nie zagląda. Dlatego nie ma mowy o żadnej "rewizji", a już tym bardziej "nieuzasadnionej". Dopiero kiedy jakiś konkretny obywatel staje się podejrzany, wtedy NSA sięga do swoich baz danych i wyciąga historię jego połączeń.

W maju sąd apelacyjny w Nowym Jorku przyznał rację obrońcom praw obywatelskich, ale nie nakazał NSA zaprzestać zasysania telefonów. Już wcześniej rząd Obamy poparł ustawę wolnościową, a w niższej izbie została ona przegłosowana zdecydowaną, ponadpartyjną większością (338 głosów za, 88 przeciw).

Tylko senator McConnell (wspierany przez niewielką grupkę republikańskich jastrzębi) upierał się, że ustawa wolnościowa niepotrzebnie osłabi Amerykę w wojnie z terroryzmem. Żeby przeforsować swoje stanowisko, postanowił zagrać va banque. Zwołał posiedzenie senatu dopiero w niedzielę wieczorem, czyli kilka godzin przed wygaśnięciem paragrafu 215. Liczył, że jego przeciwnicy nie wytrzymają psychicznie i zagłosują za przedłużeniem ustawy patriotycznej bez żadnych zmian, bo nie odważą się zatrzymać antyterrorystycznych działań NSA.

Wyłączenie odkurzacza zasysającego dane telefoniczne

W ostatnich godzinach wszystko zdawało się sprzyjać chytremu planowi McConnella. NSA alarmowała, że już przygotowuje się do wyłączenia odkurzacza zasysającego dane telefoniczne. Barack Obama alarmował, że jego wyłączenie zagrozi bezpieczeństwu państwa. - Nie chciałbym, żebyśmy znaleźli się w takiej sytuacji, że będzie jakiś zamach terrorystyczny, któremu moglibyśmy zapobiec, gdyby nie bezczynność senatorów - ostrzegał prezydent.

Niestety, McConnell nie docenił swojego kolegi, senatora Randa Paula - obydwaj reprezentują w Waszyngtonie stan Kentucky - który obiecywał, że "w pojedynkę zatrzyma Wielkiego Brata". W niedzielę wieczorem, kiedy było już za późno na przedłużanie ustawy patriotycznej i można było jedynie przyjąć ustawę wolnościową, żeby zapewnić ciągłość pracy odkurzacza NSA, senator Paul wykorzystał proceduralny kruczek i dotrzymał obietnicy (potrzebna była zgoda wszystkich obecnych na sali senatorów, żeby natychmiast przejść do głosowania, ale Paul zgłosił weto).

Blef senatora McConnella, który ze słabymi kartami chciał zgarnąć całą pulę, został bezlitośnie sprawdzony i obnażony.

Tym sposobem w poniedziałek rano Amerykanie - po raz pierwszy od dziewięciu lat - obudzili się w państwie, które nie kontroluje, do kogo dzwonią. Satyryk Jon Stewart ironizował, że wbrew kasandrycznym zapowiedziom terroryści nie przystąpili do ataku. I przypominał, że nawet kiedy rzekomo niezbędny odkurzacz NSA działał, kilka zamachów miało miejsce, m.in. podłożenie bomby na mecie maratonu w Bostonie.

Balon pękł. McConnel postanowił z niesmakiem na zasadzie mniejszego zła poprzeć ustawę wolnościową. We wtorek senatorowie ją przegłosowali (67 było za, 32 przeciw) i odesłali do Obamy, który ją natychmiast podpisał. Dzięki temu NSA może z powrotem włączyć odkurzacz do zasysania danych telefonicznych, bo ustawa wolnościowa przewiduje półroczny okres przejściowy, w którym wywiad elektroniczny i sieci komórkowe operują na starych zasadach (żeby przygotować się do wdrożenia nowych zasad).

Po przyjęciu ustawy wolnościowej zostaje kilka niewiadomych. Po pierwsze, nie wiadomo, co NSA zrobi z danymi dotychczas zebranymi. Zapewne je sobie zachowa. Po drugie, ciekawe, jak za pół roku zachowają się sieci komórkowe. Ustawa wolnościowa nie nakazuje im archiwizować danych telefonicznych klientów. Wprawdzie NSA na mocy sądowego nakazu będzie mogła zażądać historii połączeń konkretnej osoby, ale sieć komórkowa może odpowiedzieć, że ich nie ma. Bo ich nie archiwizuje.

Amerykanie nie mogą czuć się bezpieczni. Wielki Brat patrzy?

Nierozwiązany pozostaje problem innych programów inwigilacji, które ujawnił Snowden i następni, którzy poszli w jego ślady. Teoretycznie obywatele USA mają ochronę swojej konstytucji w odróżnieniu od obcokrajowców - tych NSA może podsłuchiwać, podglądać i nagrywać do woli i bez żadnych ograniczeń prawnych. Ale np. John Napier Tye, który pracował w Departamencie Stanu jako szef sekcji ds. wolności w sieci, pisał niedawno w "Washington Post", że również Amerykanie - nawet po wygaśnięciu paragrafu 215 - nie mogą czuć się bezpieczni. Być może Wielki Brat wciąż patrzy.

Potencjalnym zagrożeniem jest - jak twierdzi Tye - rozporządzenie prezydenckie nr 12333, które wydał jeszcze Ronald Reagan. Na jego mocy można gromadzić dane o obywatelach USA, jeśli "przypadkowo" zostały przechwycone przez amerykański wywiad za granicą. Biorąc pod uwagę, że np. Google czy Yahoo! mają zapasowe serwery poza granicami USA i na nich przechowywane są skrzynki pocztowe użytkowników Google'a i Yahoo!, można sobie wyobrazić, że NSA włamuje się do tych zagranicznych serwerów i zasysa wszystkie e-maile. A ponieważ z Google'a i Yahoo! korzysta cały świat, można śmiało przyjąć interpretację, że e-maile Amerykanów, które są na tych zapasowych serwerach, zostały zassane "przypadkowo"...







Leave a comment