Evidence of America’sAlleged Greatness

<--

W stolicy największego mocarstwa świata łatwo można zwątpić w jego mocarstwowość – pisze Mariusz Zawadzki w felietonie z cyklu Amerykański sennik.

Schody ruchome w metrze notorycznie się psują. Jak przyznają władze miasta, statystycznie co piąte nie działają, a technicy nie nadążają z naprawami. Biorąc pod uwagę ich przedpotopowy wygląd, należy cieszyć się z tego, że 80 proc. z nich działa. Pewnie gdyby rząd USA zrezygnował z jednego samolotu wielozadaniowego F-16, wszystkie schody ruchome można by wymienić na nowe, ale jak dotąd nikt nie wpadł na taki pomysł.

Stan nawierzchni ulic pozostawia wiele do życzenia, choć jest lepiej niż w Nowym Jorku, gdzie dziur mają więcej niż w Warszawie.

Służba zdrowia w Waszyngtonie jest jednym wielkim oszustwem i zdzierstwem, bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że za prześwietlenie USG, które w prywatnym laboratorium w Warszawie kosztuje sto złotych, w Waszyngtonie trzeba zapłacić 1500 dol.?

Jedzenie, które sprzedają w Waszyngtonie, jest wyjątkowo podłe. Mięso bez smaku, gumiaste bułeczki, sztuczne pomidory itp. Na butelce lemoniady pewnej firmy kusi napis: “Zrobiona z prawdziwej cytryny!”, co każe przypuszczać, że lemoniady innych firm produkowane są ze sztucznych cytryn albo nawet czegoś zupełnie innego.

Politycy w Waszyngtonie bywają równie śmieszni i tandetni jak politycy w Polsce. Republikańscy kandydaci na prezydenta nie wierzą w teorię ewolucji ani efekt cieplarniany i spierają się, czy szczepienie dziewczynek przeciwko HPV, które uratuje wiele z nich przed rakiem szyjki macicy, jest naruszeniem wolności obywatelskich tychże dziewczynek. Nawet elokwentny i bystry prezydent Obama z bliska trochę rozczarowuje. Jak np. w zeszłym roku, kiedy oskarżał Republikanów, że finansowani są z niejasnych źródeł z zagranicy, choć sam musiał przecież wiedzieć, że to wierutna bzdura i tani populizm.

Może najdziwniejsze jest to, że największe mocarstwo, które ma bazy wojskowe w najdalszych zakątkach świata i gra rolę światowego policjanta, nie jest w stanie zabezpieczyć waszyngtońskiej dzielnicy Anacostia. Niektórzy taksówkarze odmawiają kursów do Anacostii, ponieważ się boją.

Przybysz z zagranicy wciąż natyka się w Waszyngtonie na przykłady dziadostwa, tandety i bylejakości, ale jednocześnie miejscowi przekonują go, że ma ogromne szczęście, bo znalazł się w najwspanialszym kraju świata. Żarliwy patriotyzm Amerykanów – wywieszanie narodowych flag, powtarzanie mantry o potędze i wyjątkowości, niemal codzienne pikiety na ulicach z transparentami: “Popierajcie naszych żołnierzy!” – wszystko to wydaje się infantylne i śmieszne.

Do czasu.

Bo potem nagle okazuje się, że ten infantylny patriotyzm jest przejawem czegoś poruszającego i inspirującego, niezwykłej duchowej siły narodu, o której w Europie możemy tylko pomarzyć. Ostatnio okazało się to 11 września, w dziesiątą rocznicę zamachów Al-Kaidy na Waszyngton i Nowy Jork.

Jak w Polsce obchodzimy rocznice tragicznych i najważniejszych w naszej historii wydarzeń, choćby rocznicę Powstania Warszawskiego albo grudniowych wydarzeń w Gdańsku w 1970 r.? Oddajemy hołd poległym. Zapalamy znicze. Politycy wygłaszają przemówienia pod pomnikiem. Uczniowie deklamują patriotyczne teksty na szkolnych akademiach. W Godzinę W Warszawie wyją syreny i zatrzymuje się ruch na ulicach.

Tydzień temu – 11 września 2011 roku – Amerykanie robili mniej więcej to samo. Ale też więcej: jakimś cudem zamienili tę ponurą rocznicę w coś niewiarygodnie pozytywnego i optymistycznego.

Miliony Amerykanów – według najbardziej optymistycznych rachunków 33 mln – zgłosiły się na ochotnika do prac publicznych. 10 tys. ochotników w Waszyngtonie czyściło szkoły, dziecięce place i boiska. W Nashville kilkaset osób wykańczało domy dla ubogich rodzin. 800 ochotników w Bostonie przygotowywało paczki dla żołnierzy służących w Iraku i Afganistanie. 500 ochotników w Compton w Kalifornii czyściło eksponaty – samoloty, silniki, rakiety – przed otwarciem dziecięcego muzeum aeronautyki.

Ochotnicy z Nowego Jorku pojechali do stanu Missouri, by usuwać zniszczenia po niedawnym tornadzie. W jednym z tamtejszych miasteczek dzieci malowały swoje marzenia na 3 tys. drewnianych gwiazd (tylu ludzi zginęło 11 września), które potem zawisły ulicach.

I to już nie było infantylne. Gdyby Amerykanie zabici 11 września mogli wstać z grobów i przyjrzeć się temu wszystkiemu, pewnie skonstatowaliby: “A nie mówiliśmy? Jednak Ameryka naprawdę jest wielka…”. I zapewne taka pozostanie jeszcze długo, mimo lekkiej degrengolady swojej stolicy i ciężkiego kryzysu, i na przekór licznym prorokom, którzy zapowiadają jej rychły schyłek.

About this publication