Should the U.S. Fear?

<--

W Partii Demokratycznej panika przed przyszłorocznymi wyborami prezydenckimi. Stratedzy i komentatorzy domagają się od Obamy radykalnych kroków, żeby ratować kraj przed “republikańskimi wariatami”

Czas, żeby w Białym Domu zapaliła się lampka z napisem “panika” – mówi strateg Demokratów James Carville, który komentuje wydarzenia polityczne w CNN. – Czas zupełnie zmienić kurs. W przeciwnym razie… jesteśmy zaledwie o krok od tego, by Ameryką rządził wariat. Siedzę przed telewizorem, oglądam debaty kandydatów republikańskich, którzy nie wierzą w efekt cieplarniany, chcą likwidować system emerytalny, odżegnują się od ochrony środowiska itp. I wzdragam się na myśl, że jeden z nich może niedługo rządzić moim krajem!

Wydarzeniem, które zaalarmowało Carville’a, były uzupełniające wybory do Kongresu w nowojorskim okręgu zahaczającym o dzielnice Brooklyn i Queens. Trzeba je było przeprowadzić w ostatni wtorek, ponieważ dotychczasowy deputowany Anthony Weiner został przyłapany na wysyłaniu zdjęć swojego penisa do nieznajomych kobiet w internecie i zrezygnował z mandatu. W okręgu zamieszkanym przez wielu amerykańskich Żydów od 80. lat niezmiennie wygrywali Demokraci.

Tym razem doszło jednak do sensacji – debiutujący w polityce republikanin Bob Turner zdecydowanie pokonał kandydata Demokratów Davida Weprina (54 proc. do 46 proc.). Działacze partyjni są w szoku, w tym sam przegrany, który dzień po klęsce wskazał palcem na prezydenta jako na winowajcę. – Media i mój rywal uczynili z tych wyborów referendum nad Obamą – mówił Weprin w wywiadzie dla “Jewish Week”. – Zapłaciłem za to, że prezydent poważnie podpadł wyborcom w Nowym Jorku.

Niektórzy stratedzy Demokratów pocieszali się, że klęska nie odzwierciedla tendencji w całej Ameryce, że to tylko nowojorscy Żydzi ukarali Obamę za politykę wobec Izraela. – To jest przestroga dla prezydenta, że nie można bezkarnie wrzucać Izraela pod autobus – komentował były burmistrz Nowego Jorku Ed Koch, który poparł Turnera. – Czas, żeby prezydent porzucił wrogie nastawienia do Izraela i przywrócił specjalne relacje izraelsko-amerykańskie, które kultywowali poprzedni prezydenci.

Wiosną tego roku Obama ogłosił, że granica z 1967 roku, sprzed wojny sześciodniowej, powinna być punktem wyjścia negocjacji pokojowych Izraela z Palestyńczykami. Nie był to żaden zwrot w polityce USA, bo tak samo uważali poprzedni prezydenci. Zmieniło się raczej w Izraelu: o ile poprzedni premier Ehud Olmert był podobnego zdania, o tyle obecny deklaracją Obamy się oburzył. – Granica z 1967 roku byłaby dla Izraela nie do obrony i dlatego jest nierealistyczna – mówił prawicowy premier Beniamin Netanjahu. Media donosiły, że obydwaj przywódcy się bardzo nie lubią, a podczas ich rozmów w cztery oczy wieje chłodem.

Obama podpadł również tym, że za klęskę procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie obwinia w równym stopniu obie strony konfliktu, a nie tylko Palestyńczyków. W efekcie prezydenta popiera 55 proc. amerykańskich Żydów (sondaż Gallupa sprzed kilku dni), podczas gdy trzy lata temu głosowało na niego 80 proc. z nich.

Zupełnie inaczej interpretują sensacyjny wynik wyborów na Brooklynie Republikanie. Ich zdaniem jest to efekt bezrobocia utrzymującego się powyżej granicy 9 proc. i stagnacji w gospodarce, której ekipa Obamy nie potrafiła rozruszać.

– Teraz już wiemy, że obecny prezydent jest prezydentem jednej kadencji – stwierdził gubernator Teksasu Rick Perry, który jest od kilku tygodni liderem wyścigu o nominację Partii Republikańskiej w wyborach 2012 roku.

Perry jest jednym z “wariatów”, o których wspominał Carville. Podczas debaty telewizyjnej w ubiegłym tygodniu mówił, że nie ma wystarczających dowodów na to, że efekt cieplarniany jest wynikiem działań człowieka i że naukowcy się ciągle na ten temat spierają.

To jednak pikuś w porównaniu z jego stwierdzeniem, że amerykański system emerytalny jest jednym wielkim oszustwem. Perry porównał go do schematu Ponziego, czyli oszukańczej zbiórki pieniędzy, w której zyskują tylko ci, którzy ją rozpoczęli (ale wygraną obiecuje się wszystkim; nazywa się to także piramidą finansową). W tym przypadku przegrane będą pokolenia młodych Amerykanów, którzy finansują emerytów, ale potem zabraknie pieniędzy na ich własne emerytury.

Perry przeraził nawet swoich partyjnych kolegów. Wprawdzie wszyscy w Ameryce wiedzą, że system emerytalny trzeba w przyszłości zreformować, ale nazywanie go schematem Ponziego nie jest zdaniem republikańskich strategów najlepszą metodą na wygranie wyborów prezydenckich.

Główny rywal Perry’ego były gubernator Massachusetts Mitt Romney mówił: – Nasza partia potrzebuje prezydenta, który naprawi system emerytalny, a nie będzie straszył jego likwidacją! (w książce wydanej pół roku temu Perry napisał, że oszukańczy system emerytalny należy zlikwidować jako program federalny i zostawić go w gestii poszczególnych stanów).

Mimo etykietki “wariata”, którą przeciwnicy przylepiają Perry’emu, wyraźnie prowadzi on w sondażach. 26 proc. wyborców republikańskich widzi go jako swojego kandydata (Romneya – 22 proc., pozostali pretendenci mają poniżej 10 proc. i raczej się nie liczą). Głównym atutem Perry’ego jest skuteczna walka z bezrobociem. Ze wszystkich miejsc pracy, które powstały w Ameryce od czerwca 2009 roku, prawie połowa została stworzona w Teksasie.

Wielu demokratów uważa, że potrzebne są radykalne kroki, żeby ratować Amerykę przed “wariatami”. Po pierwsze, Obama powinien niezwłocznie i gruntownie przewietrzyć swoją administrację. – Ciągle oglądamy tych samych doradców, słyszymy te same pomysły i te same wymówki – mówi Carville w CNN. – Trzeba też osądzić nieodpowiedzialnych i bezkarnych finansistów z Wall Street, którzy wpędzili nas w kryzys.

Obama na razie zachowuje zimną krew i intensywnie zbiera pieniądze na przyszłoroczną kampanię, w czym nie ma równych. – Kiedy Demokraci nerwowo zastanawiają się, że przy takim stanie gospodarki droga do reelekcji jest mocno pod wiatr, chcę im przypomnieć, iż moja reelekcja jest znacznie bardziej prawdopodobna, niż było to, że trzy lata temu wygram wybory – mówił prezydent w czwartek na spotkaniu z darczyńcami.

Ma sporo racji, bo mimo wszystkich przeciwności losu w niektórych symulacjach wyborów wciąż bije swoich potencjalnych republikańskich rywali. W badaniu portalu Bloomberg przeprowadzonym 12 września wygrywał z Romneyem 48 proc. do 43 proc., a z Perrym – 49 proc. do 40 proc.

About this publication