Obama Promises Greater Equality

<--

Zmniejszenie przepaści między bogatymi i biednymi zapowiedział prezydent Barack Obama w orędziu o stanie państwa, być może jego ostatnim, jeśli Amerykanie nie wybiorą go na drugą kadencję

Powszechne jest oczekiwanie, że głównym tematem kampanii wyborczej Obamy będą nierówności społeczne, które w ostatnich trzech dziesięcioleciach gwałtownie się w Ameryce pogłębiły. W orędziu o stanie państwa, jak co roku wygłaszanym przez prezydenta w Kongresie, ten wątek się istotnie pojawił. Obama wezwał kongresmanów, żeby uchwalili prawo zgodnie z tzw. “regułą Buffetta”: każdy Amerykanin zarabiający ponad milion dolarów rocznie płaci 30 proc. i żadne ulgi podatkowe czy kruczki go poniżej tego progu nie sprowadzą.

Pomysłodawcą reguły jest Warren Buffett, numer dwa na liście najbogatszych Amerykanów, który w zeszłym roku publicznie dziwił się, że płaci podatki wg niższych stawek niż jego sekretarka. Żeby podkreślić swoją determinację, Obama zaprosił na orędzie rzeczoną sekretarkę, panią Debbie Bosanek. Siedziała ona obok żony prezydenta Michelle.

Plany podwyższenia podatków milionerom nie mają szans na realizację, przynajmniej przed wyborami, bo w Izbie Reprezentantów mają większość Republikanie, którzy się temu opierają od lat. Dobrze jednak rymowały się z ujawnionym kilkanaście godzin wcześniej zeznaniem podatkowym Mitta Romneya, prawdopodobnego rywala Obamy w jesiennych wyborach. Romney, który przez ostatnie dwa lata zarobił prawie 43 mln dolarów, zapłacił zaledwie 14 proc. podatku.

Obama obiecał, że nie zamierza podnosić podatków rodzinom zarabiającym mniej niż 250 tys. rocznie, które najbardziej odczuwają trwający od kilku lat kryzys.

– Możecie sobie nazywać to wojną klas – mówił zwracając się do Republikanów – Ale większość Amerykanów nazywa to zdrowym rozsądkiem. Wybieramy między Ameryką w której coraz mniej ludzi żyje naprawdę dobrze, a coraz więcej ledwo wiąże koniec z końcem, albo między Ameryką, w której wszyscy maja równe szanse!

Obama zaproponował też Kongresowi, żeby zlikwidować ulgi podatkowe dla firm, które likwidują miejsca pracy w USA i otwierają fabryki za granicą, np. w Chinach. W tej grupie znajduje się np. Apple, producent pożądanych i kochanych przez Amerykanów Iphone’ów (są składane w chińskim Shenzen).

Jednakże podatki i nierówności nie były najważniejszym wątkiem przemówienia. Prezydent więcej czasu poświęcił na propagandę sukcesu – przekonywał, ze Ameryka już wychodzi z kryzysu, i że jest to zasługą jego administracji. – Stan naszej unii jest coraz lepszy! – stwierdził, zmieniając nieco zdanie wypowiadane zwykle przez prezydentów podczas orędzia (w dosłownym tłumaczeniu jest ono “orędziem o stanie unii”). – Przez ostatnie 22 miesiące sektor prywatny stworzył ponad trzy miliony miejsc pracy – chwalił się Obama (ostatnio bezrobocie nieco spadło, do 8.5 proc.). Bronił kontrowersyjnej decyzji rządu o ratowaniu koncernów samochodowych. – Minęły trzy lata i General Motors jest znowu największym producentem aut na świecie – mówił prezydent.

W trwającym ponad godzinę przemówieniu, przerywanym oklaskami ponad 80 razy, Obama wyliczał swoje sukcesy i plany, których nie ma szans zrealizować. – Przyślijcie mi na biurko taką ustawę, a podpiszę ją natychmiast! – deklarował kilka razy, jednakże wszyscy na sali wiedzieli, że Republikanie mu takiej ustawy nie przyślą. Nie przypominał za to Obama reformy ubezpieczeń społecznych, którą do niedawna wymieniał jako swoje największe osiągnięcie. Wprawdzie ma ona zapewnić ubezpieczenia zdrowotne większości z 50 mln nieubezpieczonych Amerykanów, ale Republikanie uważają ją za największe nieszczęście jakie spadło na Amerykę od 11 września.

About this publication