Obama’s Lean Frankfurters

<--

Rybarczyk: Frankfurterki Obamy

Barack Obama przypomniał sobie, że jego partię czekają za dwa i pół roku wybory. Jednak zamiast tłustej wyborczej kiełbasy na razie wyszły mu skromne frankfurterki.

W środku zimy prezydent Barack Obama obudził się z rekordowo niskimi słupkami popularności. Dlatego obiecał gorący “rok aktywności”. Ten polityczny marketing w dorocznym orędziu o stanie państwa może niewiele pomóc „teflonowemu” następcy złotoustego Billa Clintona. Amerykańscy wyborcy oczekiwali zapewne aktywności przez całą kadencję…

Od czego jednak populizm. Demokrata rzucił kilka projektów pomocy uboższym. Tam, gdzie pozwala na to Konstytucja USA, zapowiedział, że będzie pomijać Kongres, w którym rzucają mu pod nogi kłody republikańscy rywale.

Zapowiedź podniesienia płacy minimalnej urzędnikom federalnym z pewnością im się spodoba, ale nie czyni wiosny w środku zimy kryzysu, także kryzysu zaufania do prezydentury USA. O podniesienie płacy minimalnej dla wszystkich Obama może zaś już tylko apelować do Kongresu. Co gorsza, jak ostrzegają ekonomiści, oczywisty pomysł prezydenta może być kontrproduktywny i kosztować utratę miejsc pracy.

– Ameryka nie stoi w miejscu, ja też nie – zapewniał Obama. Z tego wszystkiego czego dokonał jednak pozostawia wrażenie, że jest odwrotnie. Hasło zmiana i nadzieja zmieniło się w zastój w środku kryzysu. Próba resetu prezydentury – na który tak liczyli zwolennicy Obamy – zakończyła się zamrożeniem ekranu.

Obama ma na swoim koncie parę sukcesów. Największym jest Iran. Dlatego też zapowiedział, że będzie bronić jak lew, nawet przy pomocy weta, układów rozbrojeniowych z ajatollahami. Wszystko ma jednak swoją cenę – rezygnacja z opcji militarnej w celu wymuszenia przerwania wzbogacania uranu nie podoba się Izraelowi, który czuje się zagrożony. To nie przysparza nowych zwolenników także w Kongresie.

Do tego niepewny sukces rokowań z Iranem może za pół roku zatrzeć poczucie klęski w Afganistanie. Obama zapowiedział już dawno wycofanie wojsk i to się wyborcom podobało. (Tak jak zamknięcie więzienia w Guantanamo, które któryś już raz z rzędu zapowiedział w orędziu). Teraz, gdy słowo ma się stać ciałem i koło Kabulu oraz Kandaharu czekają na ewakuację całe pola transporterów i dziesiątki tysięcy żołnierzy, podnoszą coraz śmielej głowę talibowie. Dokonują samobójczych zamachów bombowych, także w pobliżu ambasady USA w afgańskiej stolicy. Po 12 latach, setkach miliardów dolarów i tysiącach ofiar interwencji Zachodu pod wodzą USA, Afganistan nie robi bynajmniej wrażenia jakby miał stanąć na własnych nogach. Co będzie jeśli w 2016 r., kiedy Waszyngton rozpali wyścig wyborczy do Kabulu, wrócą triumfalnie talibowie i al Kaida (tak jak to się już stało w Iraku)?

Obama robi wrażenie słabego. Jego rywale czują już, jak psy podczas nagonki, krew rannego prezydenta. Po jego zakończeniu orędzie skrytykowało – wbrew tradycji – trzech (a nie jeden) kongresmenów. Republikanie i konserwatyści z Tea Party biczowali administrację Obamy, która trwoni pieniądze, nakłada coraz wyższe podatki i szpieguje własnych obywateli.

Do 2016 r. prezydent musi zatrzeć to wrażenie. Nawet jeśli obiektywnie jego rywal nie osiągnąłby w trudnych czasach nic lepszego, natura polityki bywa przecież okrutna: demokracje żyją od sondażu do sondażu, od wyborów do wyborów. Wyborcy zaś często oddają głosy na zasadzie odruchu i obrazków, które oglądają w telewizji. Obiektywny obraz dokonań prezydentów malują dopiero po wielu latach historycy. Dlatego politycy gdy nadchodzi sądna godzina sięgają po polityczną kiełbasę. Jeśli nie dostrzegają szansy, by takie obietnice wyglądały poważnie, uruchamiają, tak jak Obama, produkcję cieniutkich frankfurterek.

About this publication