Federalization Means Destabilization

<--

Federalizacja to destabilizacja

To, że Federacja Rosyjska w kategorycznej formie żąda od Ukrainy, by zmieniła swój ustrój na federalny i dała swoim regionom “szerokie uprawnienia”, jest przejawem arogancji i bezczelnego cynizmu.

Czemu rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow uważa, że ma prawo mówić tak jak w niedzielnym wywiadzie dla Kanału Pierwszego telewizji rosyjskiej: “Jeśli obecne władze w Kijowie będą obstawać przy odrzucaniu idei delegowania pełnomocnictw regionom – a jesteśmy przekonani, że można to zrobić skutecznie tylko poprzez federalizację – oraz jeśli Rosjanie i język rosyjski będą wciąż ignorowane, to sądzę, że nic nie wyjdzie z ukraińskiej reformy konstytucyjnej, która w jakiejś postaci już się zaczęła”?

Jakim prawem minister domaga się, by gubernatorzy regionów na Ukrainie byli wybierani przez ich mieszkańców?

I nie chodzi nawet o to, że Rosjanie z poczuciem imperialnej wyższości chcą ingerować w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa, do czego oczywiście prawa nie mają.

Elementarne poczucie przyzwoitości powinno skłonić Kreml do milczenia na takie akurat tematy. Bo to właśnie Rosja, choć zgodnie ze swoją konstytucją powinna być federacją, wcale nią dziś nie jest. Przyganiał kocioł garnkowi.

Była nią przy Borysie Jelcynie, który mówił regionom wchodzącym w jej skład, by “brały tyle suwerenności, ile są w stanie przetrawić”. Ale Jelcyn też nie był wierny tej formule, bo kiedy Dżochar Dudajew “wziął”, do Czeczenii wjechały rosyjskie czołgi.

Natomiast dla Putina “federalizacja”, którą szef jego dyplomacji chce zaaplikować Ukrainie, jest w Rosji tylko pustym hasłem. Putin żmudnie przez prawie 15 lat swoich rządów unifikuje państwo, buduje w nim podporządkowany centrum “pion władzy”, odbiera regionom niezależność i polityczną, i finansową.

Dzisiejszy prezydent jeszcze w 2004 r. zdecydował, że gubernatorzy nie będą wybierani przez mieszkańców swoich regionów, tylko de facto będą mianowani przez Kreml.

Po “białych” protestach zimy 2011/12 Putin niby przywrócił wybory szefów administracji w guberniach. Ale zasada ta nie dotyczy “trudnych” regionów. Na Kaukazie Północnym, gdzie tendencje separatystyczne są silne, gospodarzy regionów nadal “wybierają”, a w rzeczywistości na sygnał z Moskwy naznaczają lojalne wobec Kremla samorządy gubernialne, nie obywatele.

Na przejętym przez Rosję Krymie ma być tak samo jak na Kaukazie. Obywatele półwyspu nie dostaną tego prawa wyboru, o które Ławrow tak gorliwie zabiega dla mieszkańców regionów Ukrainy.

W Moskwie z przekąsem więc mówią, że mieszkający na Krymie Rosjanie po “powrocie do macierzy” dostali prawo nie tyle “mówienia po rosyjsku, ile milczenia w ojczystym języku”.

Ciekawe, czy na Krymie, po jego inkorporowaniu, nadal będą działać szkoły z ukraińskim językiem wykładowym. Jeśli tak, to będą to pierwsze takie szkoły w Rosji, gdzie mieszka dziś co najmniej 2 mln Ukraińców.

Czemu Moskwa tak zaleca Ukraińcom federalizację, której sama boi się jak diabeł święconej wody? Kreml aplikuje tę “kurację” sąsiadom, bo tak naprawdę chce trzymać przy sobie klucz do Ukrainy, dzięki któremu prezydent zawsze w dogodnym momencie będzie mógł skorzystać z danego mu już przez parlament prawa “użycia wojsk na terytorium sąsiedniego państwa”.

Warto pamiętać, że Rada Federacji wydała prezydentowi “licencję na interwencję” do czasu “ustabilizowania sytuacji” na Ukrainie. A jeśli regiony na wschodzie i południu otrzymają tę samodzielność, którą Putin odebrał mieszkańcom swoich guberni, to ich sytuację będzie można łatwo zdestabilizować, podsycić nastroje separatystyczne, wywołać zamieszki i usłyszeć stamtąd prośbę o wprowadzenie wojsk “w celu obrony rosyjskojęzycznej ludności”.

Na Kremlu dobrze wiedzą, jak niebezpieczne może to być. Nieprzypadkowo pod koniec grudnia Putin podpisał dekret o zaostrzeniu kar za wzywanie do separatyzmu.

About this publication